Nowa niebezpieczna moda w branży fotograficznej: Japończycy ryzykują życie za te zdjęcia

„Profil” kontynuuje opowieść o tym, jak fotografia obliczeniowa działa na urządzeniach mobilnych i do czego doprowadzi dalsza ewolucja technologii fotograficznych.

Część pierwsza: Czym jest fotografia obliczeniowa i jak do tego doszły korporacje IT Część druga: Dlaczego smartfony robią coraz lepsze zdjęcia Część trzecia: Co kupić: smartfon z wieloma aparatami czy z aparatem?

Pierwszą ofiarą smartfonowej ofensywy padły aparaty kompaktowe („mydelniczki”), które znalazły się w każdym domu przynajmniej jako stylowe akcesorium. Większość modeli zaprzestała produkcji, a nieliczne, które przetrwały, mają szczególne cechy: super zoom zapewniający dziesiątki zoomów (linia Nikon Coolpix; od zeszłego roku, kiedy taki zoom został odtworzony na smartfonie, te kompakty również stały się kandydatami do wyginięcia), odporny na wstrząsy futerał, który umożliwia fotografowanie pod wodą i w ekstremalnych warunkach (Olympus Tough), charakterystyczny styl „hipsterski” (Fujifilm X100). W zasadzie na rynku pozostały tylko modele z wymiennymi obiektywami. Co jest naturalne: ostatnim bastionem kamer jest modułowość, możliwość doboru obiektywu do konkretnego zadania i aktualizacji sprzętu w ramach rodziny kompatybilnych modeli.

Jednak takie aparaty szybko tracą rynek. Tak więc zeszłego lata Japońskie Stowarzyszenie Producentów Aparatów (CIPA) opublikowało raport, zgodnie z którym liczba sprzedanych lustrzanek jednoobiektywowych w ciągu roku spadła o 37%, a bezlusterkowców – o 14%. W listopadzie CIPA udostępnił dane dotyczące soczewek: minus 14-26% rocznie, w zależności od klasy optyki. Prawdziwą skalę spadku można oszacować, biorąc dane za dekadę. Na przykład dostawy aparatów Sony spadły z 24 milionów sztuk w 2010 roku do 2,4 miliona w 2019 roku.

Ciekawe, że upadek zaczął się od najwyższego punktu – na początku 2010 roku sprzęt fotograficzny osiągnął rekord popularności. Według Statistics Data Facts sprzedaż aparatów rośnie w stałym tempie od połowy XX wieku, a pojawienie się fotografii cyfrowej pod koniec lat 1990. spowodowało dramatyczny wzrost do 121 milionów sprzedanych aparatów w 2010 roku. Ale wtedy rozpoczęła się era smartfonów (zwykle liczy się to od prezentacji pierwszego iPhone’a w 2007 roku): w latach 2010 ich sprzedaż wzrosła 8-krotnie, a branża fotograficzna spadła o taką samą kwotę.

„Dziesięć lat temu głównym pytaniem dla fotografów było: Canon czy Nikon? – wspomina założyciel projektu Fototips.ru Igor Skrynnikov. „Kiedy się o to kłóciliśmy, nagle Sony wyprzedziło wszystkich konkurentów. Ale wkrótce to wydarzenie zniknęło w tle. Całą tę japońską kabałę przykryło prawdziwe tsunami: smartfony.

Jak zauważa ekspert, wielkość rynku fotograficznego spadła z powodu tych użytkowników, którzy mają w przybliżeniu te same ramki zarówno na smartfonie, jak i na „pełnej klatce”, logiczne jest, że wymiana jest dla nich akceptowalna. Jednak w ostatnich latach nachylenie krzywej spadkowej zmniejszyło się, a sprzedaż smartfonów ustabilizowała się (od 2017 roku rynek mobilny czasami spadał kwartalnie), czyli publiczność jest mniej lub bardziej podzielona. Pozostali wierni zwolennicy aparatów fotograficznych, którzy nie rozpoznają ani aparatów mobilnych, ani nawet budżetowych, doceniając sam fakt posiadania potężnego sprzętu. Marketerzy nie nazywają ich amatorami, ale „entuzjastami”: to rdzeń publiczności, która również spada, ale nie szybko.

Dołączają do nich profesjonaliści. Niech telefon komórkowy coraz bardziej naśladuje „SLR” pod względem cech, nie zamierza rezygnować ze swoich „koli roboczych”. Według Skrynnikowa jest to blokada psychologiczna: strzelanie smartfonem oznacza nieszanowanie siebie.

„Są indywidualni fotografowie eksperymentujący z fotografią komercyjną na swoich telefonach” – mówi. – To szokujące, wyzwanie: w ten sposób wabią klientów, którzy starają się być „w trendzie”, „nadążyć za życiem”.

Ale większość klientów jest w odwrotnym nastroju i chce zobaczyć imponujące urządzenie w rękach fotografa – dopiero od niedawna ludzie zaczęli przyzwyczajać się do małych bezlusterkowców. Jednak jako narzędzie pomocnicze przyda się smartfon na planie, aby od razu przesłać klientowi zdjęcia pilotażowe, których nie może się doczekać, aby opublikować je w sieciach społecznościowych.”

Czysto japoński konserwatyzm

Jak branża fotograficzna reaguje na zmiany? Mając kolosalną przewagę w jakości matryc i optyki, mogła spokojnie zostawić smartfony w tyle, zapożyczając ich osiągnięcia. Jeśli producenci urządzeń mobilnych postanowili zrobić aparat na bazie telefonu, to do fotografii komputerowej można podejść także od drugiej strony, rozwijając aparaty w kierunku gadżetów wielofunkcyjnych.

Aparat Samsung Galaxy S20 zmniejszony w rozdzielczości przed ogłoszeniem

Ale tak się nie dzieje. Aparaty nadal nie mają wbudowanej pamięci (wymaga osobnej karty pamięci) i baterii (należy wyjąć baterię i podłączyć ją do sieci w ładowarce). Obecność modemu w aparacie i gniazda na kartę SIM dawałaby możliwość połączenia się z Internetem i udostępnienia zrobionego zdjęcia (szach-mat z telefonami komórkowymi). Zamiast tego marki fotograficzne wprowadzają opcję wysyłania plików przez Wi-Fi i Bluetooth do smartfona, a szybkość przesyłania danych jest często krytykowana.

Bez dostępu do Internetu nie można polegać na sieciach neuronowych w kamerach, ponieważ zbieranie potrzebnych im danych o użytkownikach i same obliczenia wykonywane są na zasobach w chmurze. Mikroprocesory wbudowane w kamery nie pełnią roli „komputera pokładowego”, zapewniając jedynie proste operacje. Według Igora Skrynnikowa, dotychczas wszelkie próby opracowania algorytmów w aparacie ograniczają się do „pompowania” autofokusa (rozpoznawanie ludzkiej twarzy, oczu w kadrze).

„Producenci próbowali wprowadzić połączenie internetowe Wi-Fi, ale było niewiele pozytywnych odpowiedzi” – wspomina ekspert. – Interfejs klienta internetowego, wpisywanie liter za pomocą kilku przycisków na korpusie aparatu – wszystko wyglądało niezręcznie, bez wygody, do której jesteśmy przyzwyczajeni na smartfonach. Sony na przykład miało sklep z aplikacjami, w którym można było pobrać program do robienia zdjęć poklatkowych za opłatą. Użytkownicy zastanawiali się, dlaczego nie dostali tej funkcji domyślnie, gdy kupili drogi aparat. W rezultacie sklep został zamknięty, a do menu aparatu dodano podobne tryby, czyniąc je hermetycznym.

Inną opcją do zabawy w dziedzinie fotografii obliczeniowej może być rozszerzenie przetwarzania końcowego w aparacie. Teraz konfigurowanie zdjęć sprowadza się do kilku podstawowych parametrów, które stanowią niewielki ułamek funkcjonalności aplikacji do edycji zdjęć na smartfona. Tradycję tę miał przerwać zapowiedziany w 2018 roku aparat Zeiss ZX1 ze zintegrowanym Adobe Lightroomem, ale jego premiera jeszcze się nie rozpoczęła. W większości przypadków te sztuczki, które w smartfonach pozwalają na robienie wysokiej jakości zdjęć w trybie automatycznym (HDR z braketingiem ekspozycji, przesuwaniem pikseli itp.) są również dostępne w aparatach, ale użytkownik jest proszony o „przyklejenie” multiramki na ich własny.

READ
15 sposobów na zorganizowanie małej przestrzeni

iPhone 12 będzie miał aparat z nową funkcją

Jaki jest powód? Według fotografa Georgy Dzhedzheya właśnie tutaj objawił się podział grupy docelowej: zaawansowani amatorzy i profesjonaliści nie są entuzjastycznie nastawieni do cudów mobilności.

„W smartfonach aparat i oprogramowanie są połączone w jednym urządzeniu” – wyjaśnił Profile. – Natomiast w świecie kamer istnieje wyraźny podział: tu jest kamera, a tu osobne programy do obróbki obrazu na PC. Kupowanie drogiego sprzętu oznacza, że ​​wiesz, jak to zrobić. W przypadku braku prośby trudno oczekiwać, aby firmy rozwinęły się w kierunku fotografii obliczeniowej.”

Ponadto, zdaniem ekspertów, kurczący się rynek gra przeciwko kamerom: przy niższych prędkościach te same technologie kosztują więcej zdjęć, a ryzyko nieudanych inwestycji rośnie. Samodzielnie opracowują zarówno część sprzętową, jak i programową aparatów, niechętnie zdradzając tajemnice nawet producentom kompatybilnych obiektywów. Różni się to znacznie od branży mobilnej, która ma zasoby intelektualne Apple, Google i innych gigantów, a także ducha wzajemnie korzystnych partnerstw.

To już nie lustrzanka cyfrowa, jeszcze nie smartfon

Bezlusterkowce, które pojawiły się na rynku w 2010 roku, można postrzegać jako przejście od „dużych” aparatów do fotografii mobilnej. W każdym razie pierwotny pomysł jest dokładnie ten sam: za pomocą osiągnięć przemysłu elektronicznego zastąpić fotoprocesor optyczno-mechaniczny, łącząc zalety „lustrzanek” w bardziej kompaktowej obudowie.

Np. lustrzanką fotograf „komponuje” kadr, patrząc w wizjer optyczny – tak jakby patrzył przez okno na „prawdziwy świat”. A efekt zastosowania ustawień widać po naciśnięciu spustu migawki. W aparatach bezlusterkowych pojawił się elektroniczny wizjer (EVF) – mini-wyświetlacz, który wyświetla w czasie rzeczywistym obraz przetworzony przez aparat z wykorzystaniem wszystkich ustawień (technologia LiveView). W rzeczywistości jeszcze przed momentem fotografowania matryca przechwytuje wiele klatek (odpowiadających częstotliwości odświeżania EVI), ale nie zapisuje ich na karcie pamięci.

Jest to możliwe dzięki cyfrowemu przechwytywaniu obrazu – elektronicznej migawce. Początkowo EVI miał wady: duże zużycie baterii, niedoskonała transmisja obrazu. Ale z biegiem lat takie miniekrany były ulepszane i są teraz używane nawet w „refleksach”.

Również producenci bezlusterkowców, zwłaszcza Fujifilm i Olympus, postawili na przetwarzanie obrazu w aparacie: społeczność fotografów chwali gotowe pliki JPEG z profilami kolorów wytwarzanymi przez ich urządzenia. W tym trybie aparat błyskawicznie przetwarza oprogramowanie „cyfrowego negatywu”, stosując algorytmy redukcji szumów, dostosowując odwzorowanie kolorów (balans bieli), zwiększając ostrość i kontrast, usuwając efekt czerwonych oczu i doklejając panoramy – generalnie działa dokładnie jak smartfon.

A na etapie fotografowania można dostosować parametry JPEG: szczegółowość ciemnych i jasnych obszarów kadru, nasycenie kolorów, rozszerzenie programowe ISO i zakres dynamiczny. Te opcje, a także użycie „kreatywnych” efektów specjalnych (imitacja miniatury – przesunięcie tiltu, fotografowanie w jasnych i ciemnych tonach – high key/low key, itp.) oznaczają nałożenie określonego ustawienia wstępnego w aparacie przetwarzanie.

Ciekawe, że skoro u zarania istnienia smartfonów ich możliwości fotograficzne wyglądały jak próba naśladowania „dorosłej” technologii, to teraz uczy się już z urządzeń mobilnych: poprawia algorytmy wykrywania twarzy i fotografowania scen, a także wprowadza HDR układanie w stos. A jednak z pewnością pozostaje w tyle: mikroprocesory kamer nie pozwalają na osadzanie samouczącego się oprogramowania sieci neuronowych, dzięki czemu smartfony przeniosły tryby przetwarzania końcowego na nowy poziom. Moc obliczeniowa zawsze była uważana przez branżę fotograficzną za drugorzędny parametr, ale po postawieniu na nią przez konkurencję okazała się jej słabym ogniwem.

Ogólnie rzecz biorąc, doświadczenie „bez lustra” jest interesujące przede wszystkim z psychologicznego punktu widzenia. Początkowo zapracowani „lustra” uważali je za gorsze, ale w ostatnich latach nacisk się przesunął: aparaty o małych rozmiarach są uznawane za wygodne i zyskują autorytet. Marketerzy Fujifilm uchwycili istotę tej zmiany, wystawiając na kilku rysunkach baner promocyjny ukazujący „wyzwolenie” fotografa: najpierw ugina się pod ciężarem sprzętu, ale stopniowo pozbywa się dodatkowych toreb, a teraz prostując plecy, chodzi w świetle z „aparatem bezlusterkowym”. Postęp!

Teraz smartfony zaczynają podążać tą ścieżką w opinii publicznej.

Lżejsze, większe, cięższe

Ostatecznie fotografowie doszli do wniosku, że na kurczącym się rynku muszą walczyć nie ze smartfonami, ale ze sobą – tradycyjnymi metodami dopracowywanymi przez dziesięciolecia. Na przykład, jeśli gadżety nauczyły się „rysować” wysokiej jakości obraz za pomocą sieci neuronowych, ale my „rysujemy” jeszcze lepiej – w sposób, o jakim im się nie śniło.

Świadczy o tym kluczowy trend w branży fotograficznej ostatnich lat – rozwój aparatów bezlusterkowych (BZK). Jeśli rywalizacja w segmencie luster od dawna nie błyszczała jasnymi wydarzeniami (autofokus z każdą generacją aparatów jest nieco lepszy, światłoczułość matrycy jest nieco wyższa – ale generalnie wszystko jest takie samo), to wiązały się pewne ambicje wraz z pojawieniem się aparatów bezlusterkowych. Panasonic i Olympus, którzy byli twórcami tego typu aparatów, zaczęli od przemyślenia czujników: zmniejszając lustro „pełną klatkę” (35×24 mm) na szerokość i wysokość, format Czterech Trzecich (4/3”, utworzono tzw. „uprawę 2x”). Na rynku pojawił się też kompromisowe „przycięcie 1,5x” – format APS-C.

Sony zaprezentowało smartfon Xperia L4 z potrójnym aparatem

Małe matryce pozwoliły na stworzenie kompaktu „bez lustra” i skierowanie go na rynek fotografii amatorskiej, niszę „aparatu dla początkujących”. Ale to nie powstrzymało całkowitej „smartfonizacji”. W rezultacie pod koniec lat 2010 branża wróciła do rozwiązań konserwatywnych. Bezlusterkowce zyskały pełnoklatkowe matryce i funkcjonalność skierowaną do profesjonalnego odbiorcy – jednym słowem dojrzały. Łącznie z wymiarami.

READ
18 ekskluzywnych pomysłów na stojaki na rośliny

W latach 2018-2019 podobne systemy (rodziny modeli) wprowadziły Canon, Nikon i Panasonic. Panasonic okazał się najbardziej masywną opcją: waga aparatu Lumix DC-S1H to 1164 gramy. Dla porównania bezlusterkowce 4/3″ i APS-C ważą 300-400 gramów, pierwszy pełnoklatkowy Sony Alpha 7 waży 474 gramy.

W ślad za aparatami obiektywy nieuchronnie stają się cięższe: dla „pełnej klatki” (z lustrem lub bez) nie ma lekkich obiektywów. Ale to nie tylko klasa urządzenia. Producenci skrupulatnie zwiększają złożoność samej optyki, którą mierzy się aperturą – wartością otwartej przysłony (im mniejsza liczba f, tym lepiej: poziom profesjonalny – f/1.4 dla obiektywów o stałej ogniskowej i f/ 2.8 dla zoomów, jeszcze mniej – rzadkość).

Zapowiedzi z ostatniego roku lub dwóch przypominają wyścig zbrojeń. Stawki Nikkor 58 mm f/0.95 (najszybszy obiektyw Nikon od lat 1960.), Fujinon 50 mm f/1.0 (aby stać się najszybszym obiektywem z autofokusem w historii), średni format Fujifilm 90 mm f/1.4 (rekordowa przysłona dla matryc średnioformatowych) , Canon 135 mm f/1.4 i Canon 18 mm f/1.0; niesamowite zoomy – już wprowadzone Canon 28-70mm f/2, Nikkor 120-300mm f/2.8 i opatentowane Canon 28-280mm f/2.8, Canon 52-83mm f/1.2…

Takie obiektywy nieuchronnie okazują się “pałkami” – kombinacja ogniskowych i przysłony nie pozostawia innego wyboru. Jak żartują na forach, aby zademonstrować możliwości laboratoriów, producenci wkrótce podejmą się spełnienia ukochanego marzenia fotografów – wypuszczenia „teleskopu” o rozpiętości ogniskowej 10-1000 mm.

Ale nawet obiektywy, które nie mają tak fenomenalnych właściwości, okazują się masywne. Przykładem jest linia prezentowana przez firmę Nikon wraz z nowym systemem UPC. Chociaż specyfikacje szkła wyglądają standardowo na papierze (24–70 mm f/4, 35 mm f/1.8, 50 mm f/1.8), inżynierowie firmy Nikon nie tylko ponownie wydali modele z poprzednich lat przeznaczone do lustrzanek cyfrowych, ale ponownie je przemyśleli. , dzięki czemu obraz jest bardziej kontrastowy i ostrzejszy.

Inni producenci idą tą samą drogą, wprowadzając na rynek linie obiektywów (Sigma Art, Sony G Master, Zeiss Otus), dzięki którym najwyższy poziom, niedostępny dotąd dla większości fotografów, staje się rynkowym standardem. Zwiększenie średnicy przedniej soczewki (tak, aby sensor odbierał promienie tylko ze swojej środkowej części, która ma najwyższą rozdzielczość; efektem jest „dzwoniąca” ostrość na całym obszarze kadru), elementy asferyczne w konstrukcji powłoki antyrefleksyjne i nanokrystaliczne, które usuwają różnego rodzaju zniekształcenia optyczne – tak dziś postępuje branża.

Tak naprawdę firmy fotograficzne nie mają dokąd pójść, bo obiektywy z poprzednich lat, niemające daty ważności, zalały rynek wtórny. Dlatego, aby nowe produkty były poszukiwane, konieczne jest zaskoczenie kupującego. Dodatkowo wzrost liczby pikseli w nowoczesnych matrycach nakłada zwiększone wymagania na rozdzielczość optyki.

W rezultacie obiektywy do pełnoklatkowych systemów UPC ważą dwa razy więcej niż bezpośrednie odpowiedniki z poprzednich lat. Kilka przykładów: Sony 12-24mm f/4 – 565 gramów, nowy Sigma Art 12-24mm f/4 – 1134 gramów; Nikon 105 mm f/1.4 – 985 gramów, nowa Sigma 105 mm f/1.4 – 1645 gramów; Canon 50mm f/1.2 do lustrzanek cyfrowych waży 545 gramów, nowy Canon 50mm f/1.2 to 950 gramów. Obiektywy budżetowe, takie jak popularny hit Canon 50 mm f/1,8 za 150 USD, odeszły na peryferie rynku, ale aktywnie przechodzą z rąk do rąk na pchlich targach (zwłaszcza, że ​​niektórzy fotografowie nie lubią „ostrej jak brzytwa” ostrości i „technicznego” monochromatycznego tła rozmycie w nowoczesnych okularach, szukanie starych okularów z „duchowym” wzorem).

Powrót do korzeni

Tym samym japońscy fotoinżynierowie pracują bez wytchnienia, ale w skali globalnej ich osiągnięcia nie rozwiązują problemów branży. Najwyraźniej jej liderzy pogodzili się z faktem, że w najbliższych latach nie będzie w ogóle urządzeń dla szerokiego grona odbiorców i skupili się na produktach premium, a nawet luksusowych. Te same aparaty były w XIX wieku, przed radykalną demokratyzacją technologii fotograficznej przez firmę Eastmen Kodak.

Sieć pokazała przykładowe zdjęcia na aparacie Xiaomi Mi 10

Zasadniczo nowe generacje aparatów powinny zająć miejsce na rynku gdzieś obok biżuterii i szwajcarskich zegarków, zapewniając koncernom fotograficznym niewielki, ale niekończący się strumień dochodów. Przed całkowitym upadkiem ratuje ich przekształcenie właścicieli zdjęć w specjalną subkulturę – niczym kolekcjonerzy winyli.

Na tym tle szybki wzrost cen sprzętu fotograficznego nie jest zaskakujący: od 30-60 tysięcy rubli za UPC w formatach „junior” do 100-200 tysięcy za modele pełnoklatkowe (a w przypadku Panasonica – wszystkie 300 tys. ), od 20-40 tysięcy rubli za obiektywy do „DSLR” do 100-200 tysięcy dla ich cięższych następców (i to nie jest granica: Nikkor 58 mm f / 0.95 jest sprzedawany za 6 tys. m f / 120 – za 300 tys. USD. ).

Dzięki tej „inflacji” marki fotograficzne złagodziły spadek przychodów. Tak więc, według Research and Markets, w ciągu dekady od 2014 do 2023 roku branża fotograficzna spadnie trzykrotnie, z 24,4 miliarda do 8,9 miliarda dolarów: dużo, ale przynajmniej nie 8-10 razy, jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy. W Rosji w 2018 r. sprzedaż sprzętu fotograficznego spadła o 19% w sztukach i 7% w pieniądzu (dane GfK).

Tak czy inaczej, jeśli wolisz wysokiej jakości telefon z aparatem od aparatu, raczej nie zaoszczędzisz pieniędzy. Chociaż telefony komórkowe za 100-200 dolarów są szeroko reprezentowane na rynku, trudno liczyć w nich na wybitny aparat. Ale ceny flagowców również rosną: od 650-850 USD (iPhone 4s, 2011) do 1000-1150 USD (iPhone X, 2018) i ponad 2000 USD za nowomodne urządzenia składane. „Kupowanie drogiego smartfona lub wzięcie taniego i dodanie do niego aparatu z pchlego targu będzie kosztować mniej więcej tyle samo”, argumentuje Georgy Dzhedzheya. „Trudno tu doradzać: w końcu smartfon to urządzenie wielofunkcyjne, użytkownicy wybierają go nie tylko ze względu na aparat”.

READ
8 nieoczywistych faktów z życia dziewczyn pracujących w branży modowej

„Profil” kontynuuje opowieść o tym, jak fotografia obliczeniowa działa na urządzeniach mobilnych i do czego doprowadzi dalsza ewolucja technologii fotograficznych.

Era odchodzi

Pierwszą ofiarą smartfonowej ofensywy padły aparaty kompaktowe („mydelniczki”), które znalazły się w każdym domu przynajmniej jako stylowe akcesorium. Większość modeli zaprzestała produkcji, a nieliczne, które przetrwały, mają szczególne cechy: super zoom zapewniający dziesiątki zoomów (linia Nikon Coolpix; od zeszłego roku, kiedy taki zoom został odtworzony na smartfonie, te kompakty również stały się kandydatami do wyginięcia), odporny na wstrząsy futerał, który umożliwia fotografowanie pod wodą i w ekstremalnych warunkach (Olympus Tough), charakterystyczny styl „hipsterski” (Fujifilm X100). W zasadzie na rynku pozostały tylko modele z wymiennymi obiektywami. Co jest naturalne: ostatnim bastionem kamer jest modułowość, możliwość doboru obiektywu do konkretnego zadania i aktualizacji sprzętu w ramach rodziny kompatybilnych modeli.

Jednak takie aparaty szybko tracą rynek. Tak więc zeszłego lata Japońskie Stowarzyszenie Producentów Aparatów (CIPA) opublikowało raport, zgodnie z którym liczba sprzedanych lustrzanek jednoobiektywowych w ciągu roku spadła o 37%, a bezlusterkowców – o 14%. W listopadzie CIPA udostępnił dane dotyczące soczewek: minus 14-26% rocznie, w zależności od klasy optyki. Prawdziwą skalę spadku można oszacować, biorąc dane za dekadę. Na przykład dostawy aparatów Sony spadły z 24 milionów sztuk w 2010 roku do 2,4 miliona w 2019 roku.

Ciekawe, że upadek zaczął się od najwyższego punktu – na początku 2010 roku sprzęt fotograficzny osiągnął rekord popularności. Według Statistics Data Facts sprzedaż aparatów rośnie w stałym tempie od połowy XX wieku, a pojawienie się fotografii cyfrowej pod koniec lat 1990. spowodowało dramatyczny wzrost do 121 milionów sprzedanych aparatów w 2010 roku. Ale wtedy rozpoczęła się era smartfonów (zwykle liczy się to od prezentacji pierwszego iPhone’a w 2007 roku): w latach 2010 ich sprzedaż wzrosła 8-krotnie, a branża fotograficzna spadła o taką samą kwotę.

„Dziesięć lat temu głównym pytaniem dla fotografów było: Canon czy Nikon? – wspomina założyciel projektu Fototips.ru Igor Skrynnikov. „Kiedy się o to kłóciliśmy, nagle Sony wyprzedziło wszystkich konkurentów. Ale wkrótce to wydarzenie zniknęło w tle. Całą tę japońską kabałę przykryło prawdziwe tsunami: smartfony.

Jak zauważa ekspert, wielkość rynku fotograficznego spadła z powodu tych użytkowników, którzy mają w przybliżeniu te same ramki zarówno na smartfonie, jak i na „pełnej klatce”, logiczne jest, że wymiana jest dla nich akceptowalna. Jednak w ostatnich latach nachylenie krzywej spadkowej zmniejszyło się, a sprzedaż smartfonów ustabilizowała się (od 2017 roku rynek mobilny czasami spadał kwartalnie), czyli publiczność jest mniej lub bardziej podzielona. Pozostali wierni zwolennicy aparatów fotograficznych, którzy nie rozpoznają ani aparatów mobilnych, ani nawet budżetowych, doceniając sam fakt posiadania potężnego sprzętu. Marketerzy nie nazywają ich amatorami, ale „entuzjastami”: to rdzeń publiczności, która również spada, ale nie szybko.

Dołączają do nich profesjonaliści. Niech telefon komórkowy coraz bardziej naśladuje „SLR” pod względem cech, nie zamierza rezygnować ze swoich „koli roboczych”. Według Skrynnikowa jest to blokada psychologiczna: strzelanie smartfonem oznacza nieszanowanie siebie.

„Są indywidualni fotografowie eksperymentujący z fotografią komercyjną na swoich telefonach” – mówi. – To szokujące, wyzwanie: w ten sposób wabią klientów, którzy starają się być „w trendzie”, „nadążyć za życiem”.

Ale większość klientów jest w odwrotnym nastroju i chce zobaczyć imponujące urządzenie w rękach fotografa – dopiero od niedawna ludzie zaczęli przyzwyczajać się do małych bezlusterkowców. Jednak jako narzędzie pomocnicze przyda się smartfon na planie, aby od razu przesłać klientowi zdjęcia pilotażowe, których nie może się doczekać, aby opublikować je w sieciach społecznościowych.”

Czysto japoński konserwatyzm

Jak branża fotograficzna reaguje na zmiany? Mając kolosalną przewagę w jakości matryc i optyki, mogła spokojnie zostawić smartfony w tyle, zapożyczając ich osiągnięcia. Jeśli producenci urządzeń mobilnych postanowili zrobić aparat na bazie telefonu, to do fotografii komputerowej można podejść także od drugiej strony, rozwijając aparaty w kierunku gadżetów wielofunkcyjnych.

Ale tak się nie dzieje. Aparaty nadal nie mają wbudowanej pamięci (wymaga osobnej karty pamięci) i baterii (należy wyjąć baterię i podłączyć ją do sieci w ładowarce). Obecność modemu w aparacie i gniazda na kartę SIM dawałaby możliwość połączenia się z Internetem i udostępnienia zrobionego zdjęcia (szach-mat z telefonami komórkowymi). Zamiast tego marki fotograficzne wprowadzają opcję wysyłania plików przez Wi-Fi i Bluetooth do smartfona, a szybkość przesyłania danych jest często krytykowana.

Bez dostępu do Internetu nie można polegać na sieciach neuronowych w kamerach, ponieważ zbieranie potrzebnych im danych o użytkownikach i same obliczenia wykonywane są na zasobach w chmurze. Mikroprocesory wbudowane w kamery nie pełnią roli „komputera pokładowego”, zapewniając jedynie proste operacje. Według Igora Skrynnikowa, dotychczas wszelkie próby opracowania algorytmów w aparacie ograniczają się do „pompowania” autofokusa (rozpoznawanie ludzkiej twarzy, oczu w kadrze).

„Producenci próbowali wprowadzić połączenie internetowe Wi-Fi, ale było niewiele pozytywnych odpowiedzi” – wspomina ekspert. – Interfejs klienta internetowego, wpisywanie liter za pomocą kilku przycisków na korpusie aparatu – wszystko wyglądało niezręcznie, bez wygody, do której jesteśmy przyzwyczajeni na smartfonach. Sony na przykład miało sklep z aplikacjami, w którym można było pobrać program do robienia zdjęć poklatkowych za opłatą. Użytkownicy zastanawiali się, dlaczego nie dostali tej funkcji domyślnie, gdy kupili drogi aparat. W rezultacie sklep został zamknięty, a do menu aparatu dodano podobne tryby, czyniąc je hermetycznym.

Inną opcją do zabawy w dziedzinie fotografii obliczeniowej może być rozszerzenie przetwarzania końcowego w aparacie. Teraz konfigurowanie zdjęć sprowadza się do kilku podstawowych parametrów, które stanowią niewielki ułamek funkcjonalności aplikacji do edycji zdjęć na smartfona. Tradycję tę miał przerwać zapowiedziany w 2018 roku aparat Zeiss ZX1 ze zintegrowanym Adobe Lightroomem, ale jego premiera jeszcze się nie rozpoczęła. W większości przypadków te sztuczki, które w smartfonach pozwalają na robienie wysokiej jakości zdjęć w trybie automatycznym (HDR z braketingiem ekspozycji, przesuwaniem pikseli itp.) są również dostępne w aparatach, ale użytkownik jest proszony o „przyklejenie” multiramki na ich własny.

READ
Horoskop na wrzesień 2023 dla wszystkich znaków zodiaku

Jaki jest powód? Według fotografa Georgy Dzhedzheya właśnie tutaj objawił się podział grupy docelowej: zaawansowani amatorzy i profesjonaliści nie są entuzjastycznie nastawieni do cudów mobilności.

„W smartfonach aparat i oprogramowanie są połączone w jednym urządzeniu” – wyjaśnił Profile. – Natomiast w świecie kamer istnieje wyraźny podział: tu jest kamera, a tu osobne programy do obróbki obrazu na PC. Kupowanie drogiego sprzętu oznacza, że ​​wiesz, jak to zrobić. W przypadku braku prośby trudno oczekiwać, aby firmy rozwinęły się w kierunku fotografii obliczeniowej.”

Ponadto, zdaniem ekspertów, kurczący się rynek gra przeciwko kamerom: przy niższych prędkościach te same technologie kosztują więcej zdjęć, a ryzyko nieudanych inwestycji rośnie. Samodzielnie opracowują zarówno część sprzętową, jak i programową aparatów, niechętnie zdradzając tajemnice nawet producentom kompatybilnych obiektywów. Różni się to znacznie od branży mobilnej, która ma zasoby intelektualne Apple, Google i innych gigantów, a także ducha wzajemnie korzystnych partnerstw.

To już nie lustrzanka cyfrowa, jeszcze nie smartfon

Bezlusterkowce, które pojawiły się na rynku w 2010 roku, można postrzegać jako przejście od „dużych” aparatów do fotografii mobilnej. W każdym razie pierwotny pomysł jest dokładnie ten sam: za pomocą osiągnięć przemysłu elektronicznego zastąpić fotoprocesor optyczno-mechaniczny, łącząc zalety „lustrzanek” w bardziej kompaktowej obudowie.

Np. lustrzanką fotograf „komponuje” kadr, patrząc w wizjer optyczny – tak jakby patrzył przez okno na „prawdziwy świat”. A efekt zastosowania ustawień widać po naciśnięciu spustu migawki. W aparatach bezlusterkowych pojawił się elektroniczny wizjer (EVF) – mini-wyświetlacz, który wyświetla w czasie rzeczywistym obraz przetworzony przez aparat z wykorzystaniem wszystkich ustawień (technologia LiveView). W rzeczywistości jeszcze przed momentem fotografowania matryca przechwytuje wiele klatek (odpowiadających częstotliwości odświeżania EVI), ale nie zapisuje ich na karcie pamięci.

Jest to możliwe dzięki cyfrowemu przechwytywaniu obrazu – elektronicznej migawce. Początkowo EVI miał wady: duże zużycie baterii, niedoskonała transmisja obrazu. Ale z biegiem lat takie miniekrany były ulepszane i są teraz używane nawet w „refleksach”.

Również producenci bezlusterkowców, zwłaszcza Fujifilm i Olympus, postawili na przetwarzanie obrazu w aparacie: społeczność fotografów chwali gotowe pliki JPEG z profilami kolorów wytwarzanymi przez ich urządzenia. W tym trybie aparat błyskawicznie przetwarza oprogramowanie „cyfrowego negatywu”, stosując algorytmy redukcji szumów, dostosowując odwzorowanie kolorów (balans bieli), zwiększając ostrość i kontrast, usuwając efekt czerwonych oczu i doklejając panoramy – generalnie działa dokładnie jak smartfon.

A na etapie fotografowania można dostosować parametry JPEG: szczegółowość ciemnych i jasnych obszarów kadru, nasycenie kolorów, rozszerzenie programowe ISO i zakres dynamiczny. Te opcje, a także użycie „kreatywnych” efektów specjalnych (imitacja miniatury – przesunięcie tiltu, fotografowanie w jasnych i ciemnych tonach – high key/low key, itp.) oznaczają nałożenie określonego ustawienia wstępnego w aparacie przetwarzanie.

Ciekawe, że skoro u zarania istnienia smartfonów ich możliwości fotograficzne wyglądały jak próba naśladowania „dorosłej” technologii, to teraz uczy się już z urządzeń mobilnych: poprawia algorytmy wykrywania twarzy i fotografowania scen, a także wprowadza HDR układanie w stos. A jednak z pewnością pozostaje w tyle: mikroprocesory kamer nie pozwalają na osadzanie samouczącego się oprogramowania sieci neuronowych, dzięki czemu smartfony przeniosły tryby przetwarzania końcowego na nowy poziom. Moc obliczeniowa zawsze była uważana przez branżę fotograficzną za drugorzędny parametr, ale po postawieniu na nią przez konkurencję okazała się jej słabym ogniwem.

Ogólnie rzecz biorąc, doświadczenie „bez lustra” jest interesujące przede wszystkim z psychologicznego punktu widzenia. Początkowo zapracowani „lustra” uważali je za gorsze, ale w ostatnich latach nacisk się przesunął: małe aparaty są uznawane za wygodne i zyskują na popularności. Marketerzy Fujifilm uchwycili istotę tej zmiany, wystawiając na kilku rysunkach baner promocyjny ukazujący „wyzwolenie” fotografa: najpierw ugina się pod ciężarem sprzętu, ale stopniowo pozbywa się dodatkowych toreb, a teraz prostując plecy, chodzi w świetle z „aparatem bezlusterkowym”. Postęp!

Teraz smartfony zaczynają podążać tą ścieżką w opinii publicznej.

Lżejsze, większe, cięższe

Ostatecznie fotografowie doszli do wniosku, że na kurczącym się rynku muszą walczyć nie ze smartfonami, ale ze sobą – tradycyjnymi metodami dopracowywanymi przez dziesięciolecia. Na przykład, jeśli gadżety nauczyły się „rysować” wysokiej jakości obraz za pomocą sieci neuronowych, ale my „rysujemy” jeszcze lepiej – w sposób, o jakim im się nie śniło.

Świadczy o tym kluczowy trend w branży fotograficznej ostatnich lat – rozwój aparatów bezlusterkowych (BZK). Jeśli rywalizacja w segmencie lustrzanek od dawna nie mieniła się jaskrawymi wydarzeniami (z każdą generacją aparatów autofokus jest nieco lepszy, światłoczułość matrycy jest nieco wyższa – ale generalnie wszystko jest po staremu), to pewne ambicje wiązały się wraz z pojawieniem się aparatów bezlusterkowych. Panasonic i Olympus, którzy stali u początków tego typu aparatów, zaczęli od przemyślenia sensorów: poprzez zmniejszenie „pełnej klatki” lustra (35×24 mm) na szerokość i wysokość, format Cztery Trzecie (4/3″, powstał tzw. „2x upraw”). Na rynku pojawił się także kompromis „crop 1,5x” – format APS-C.

Małe matryce umożliwiły stworzenie „bezlusterkowca” kompaktowego i skierowanie go na rynek fotografii amatorskiej, niszę „aparatu dla początkujących”. Ale to nie powstrzymało całkowitej „smartfonizacji”. W rezultacie pod koniec lat 2010 branża wróciła do rozwiązań konserwatywnych. „Lustrzane” nabyły pełnoklatkowe matryce i funkcjonalność skierowaną do profesjonalnego odbiorcy – jednym słowem dojrzały. Łącznie z wymiarami.

READ
Jak radzić sobie z sześcioma głównymi oznakami starzenia

W latach 2018-2019 podobne systemy (rodziny modeli) wprowadziły firmy Canon, Nikon i Panasonic. Panasonic okazał się najbardziej masywną opcją: waga aparatu Lumix DC-S1H wynosi 1164 gramów. Dla porównania „bezlusterkowe” formaty 4/3″ i APS-C ważą 300-400 gramów, pierwszy pełnoklatkowy Sony Alpha 7 waży 474 gramy.

W ślad za aparatami obiektywy nieuchronnie stają się cięższe: dla „pełnej klatki” (z lustrem lub bez) nie ma lekkich obiektywów. Ale to nie tylko klasa urządzenia. Producenci skrupulatnie zwiększają złożoność samej optyki, którą mierzy się aperturą – wartością otwartej przysłony (im mniejsza liczba f, tym lepiej: poziom profesjonalny – f/1.4 dla obiektywów o stałej ogniskowej i f/ 2.8 dla zoomów, jeszcze mniej – rzadkość).

Zapowiedzi z ostatniego roku lub dwóch przypominają wyścig zbrojeń. Stawki Nikkor 58 mm f/0.95 (najszybszy obiektyw Nikon od lat 1960.), Fujinon 50 mm f/1.0 (aby stać się najszybszym obiektywem z autofokusem w historii), średni format Fujifilm 90 mm f/1.4 (rekordowa przysłona dla matryc średnioformatowych) , Canon 135 mm f/1.4 i Canon 18 mm f/1.0; niesamowite zoomy – już wprowadzone Canon 28-70mm f/2, Nikkor 120-300mm f/2.8 i opatentowane Canon 28-280mm f/2.8, Canon 52-83mm f/1.2…

Takie obiektywy nieuchronnie okazują się „pałkami” – połączenie ogniskowych i przysłony nie pozostawia innego wyboru. Jak żartują na forach, aby zademonstrować możliwości laboratoriów, producenci wkrótce podejmą się spełnienia ukochanego marzenia fotografów – wypuszczenia „lunety” o ogniskowej 10-1000 mm.

Ale nawet obiektywy, które nie mają tak fenomenalnych właściwości, okazują się masywne. Przykładem jest linia prezentowana przez firmę Nikon wraz z nowym systemem UPC. Chociaż specyfikacje szkła wyglądają standardowo na papierze (24–70 mm f/4, 35 mm f/1.8, 50 mm f/1.8), inżynierowie firmy Nikon nie tylko ponownie wydali modele z poprzednich lat przeznaczone do lustrzanek cyfrowych, ale ponownie je przemyśleli. , dzięki czemu obraz jest bardziej kontrastowy i ostrzejszy.

Inni producenci idą tą samą drogą, wprowadzając na rynek linie obiektywów (Sigma Art, Sony G Master, Zeiss Otus), dzięki którym najwyższy poziom, niedostępny dotąd dla większości fotografów, staje się rynkowym standardem. Zwiększenie średnicy przedniej soczewki (tak, aby sensor odbierał promienie tylko ze swojej środkowej części, która ma najwyższą rozdzielczość; efektem jest „dzwoniąca” ostrość na całym obszarze kadru), elementy asferyczne w konstrukcji powłoki antyrefleksyjne i nanokrystaliczne, które usuwają różnego rodzaju zniekształcenia optyczne – tak dziś postępuje branża.

Tak naprawdę firmy fotograficzne nie mają dokąd pójść, bo obiektywy z poprzednich lat, niemające daty ważności, zalały rynek wtórny. Dlatego, aby nowe produkty były poszukiwane, konieczne jest zaskoczenie kupującego. Dodatkowo wzrost liczby pikseli w nowoczesnych matrycach nakłada zwiększone wymagania na rozdzielczość optyki.

W rezultacie obiektywy do pełnoklatkowych systemów UPC ważą dwa razy więcej niż bezpośrednie odpowiedniki z poprzednich lat. Kilka przykładów: Sony 12-24mm f/4 – 565 gramów, nowy Sigma Art 12-24mm f/4 – 1134 gramów; Nikon 105 mm f/1.4 – 985 gramów, nowa Sigma 105 mm f/1.4 – 1645 gramów; Canon 50mm f/1.2 do lustrzanek cyfrowych waży 545 gramów, nowy Canon 50mm f/1.2 to 950 gramów. Obiektywy budżetowe, takie jak popularny hit Canon 50 mm f/1,8 za 150 USD, odeszły na peryferie rynku, ale aktywnie przechodzą z rąk do rąk na pchlich targach (zwłaszcza, że ​​niektórzy fotografowie nie lubią „ostrej jak brzytwa” ostrości i „technicznego” monochromatycznego tła rozmycie w nowoczesnych okularach, szukanie starych okularów z „duchowym” wzorem).

Powrót do korzeni

Tym samym japońscy fotoinżynierowie pracują bez wytchnienia, ale w skali globalnej ich osiągnięcia nie rozwiązują problemów branży. Najwyraźniej jej liderzy pogodzili się z faktem, że w najbliższych latach nie będzie w ogóle urządzeń dla szerokiego grona odbiorców i skupili się na produktach premium, a nawet luksusowych. Te same aparaty były w XIX wieku, przed radykalną demokratyzacją technologii fotograficznej przez firmę Eastmen Kodak.

Zasadniczo nowe generacje aparatów powinny zająć miejsce na rynku gdzieś obok biżuterii i szwajcarskich zegarków, zapewniając koncernom fotograficznym niewielki, ale niekończący się strumień dochodów. Przed całkowitym upadkiem ratuje ich przekształcenie właścicieli zdjęć w specjalną subkulturę – niczym kolekcjonerzy winyli.

Na tym tle nie dziwi gwałtowny wzrost cen sprzętu fotograficznego: z 30-60 tysięcy rubli za UPC formatów „juniorskich” do 100-200 tysięcy za modele pełnoklatkowe (a w przypadku Panasonica – całe 300 tys. ), od 20-40 tysięcy rubli za obiektywy do „lustrzanek cyfrowych” do 100-200 tysięcy za ich cięższych następców (a to nie koniec: Nikkor 58 mm f/0.95 sprzedaje się za 6 tysięcy dolarów, Nikkor 120-300 mf/2.8 – za 8,5 tys. dolarów).

Dzięki tej „inflacji” marki fotograficzne złagodziły spadek przychodów. Tak więc, według Research and Markets, w ciągu dekady od 2014 do 2023 roku branża fotograficzna spadnie trzykrotnie, z 24,4 miliarda do 8,9 miliarda dolarów: dużo, ale przynajmniej nie 8-10 razy, jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy. W Rosji w 2018 r. sprzedaż sprzętu fotograficznego spadła o 19% w sztukach i 7% w pieniądzu (dane GfK).

Tak czy inaczej, jeśli wolisz wysokiej jakości telefon z aparatem od aparatu, raczej nie zaoszczędzisz pieniędzy. Chociaż telefony komórkowe za 100-200 dolarów są szeroko reprezentowane na rynku, trudno liczyć w nich na wybitny aparat. Ale ceny flagowców również rosną: od 650-850 USD (iPhone 4s, 2011) do 1000-1150 USD (iPhone X, 2018) i ponad 2000 USD za nowomodne urządzenia składane. „Kupowanie drogiego smartfona lub wzięcie taniego i dodanie do niego aparatu z pchlego targu będzie kosztować mniej więcej tyle samo”, argumentuje Georgy Dzhedzheya. „Trudno tu doradzać: w końcu smartfon to urządzenie wielofunkcyjne, użytkownicy wybierają go nie tylko ze względu na aparat”.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: